wtorek, 24 maja 2016

Pierwsze spotkanie z Jakubem 03.08.2014

Dzisiaj jest 24 maj 😉 taaak taaak, druga rocznica ślubu... jak spędzamy ten dzień? Całkowicie normalnie, bez żadnej pompy czy kolacji romantycznej. Na jedno to szkoda bo należę do osób które cenią sobie mile spędzony czas ale do tego typu rzeczy potrzebnych jest dwoje serc i dwoje ciał... i żeby nie zanudzać to dzisiaj nie o tym 😊.
03.08.2014 i trzeci dzień życia Kubusia a tym samym trzeci dzień po cesarskim cięciu.
To była niedziela, słoneczny, ciepły dzień. Widząc pogodę za oknem nabrałam sił żeby w końcu samej zrobić kilka kroków. Udało się ! I szło mi już coraz lepiej. Z kąpielą jeszcze było gorzej i wciąż potrzebowałam wsparcia. Na szczęście już z samego rana przyjechała do mnie mama i pomogła mi się "ogarnąć" . Dzisiaj musiałam iść do Kubusia ! Musiałam !Ogromnie cieszyłam się na samą myśl, że za kilka godzin go zobaczę 😃. Przecież tak naprawdę jeszcze po cesarskim cięciu nie miałam możliwości tego zrobić. Nie miałam nawet jak go dotknąć, przywitać się z nim. Wybiła godzina 12 a ja w gotowości czekałam na męża. Przyjechał po mnie wózkiem, gdyż stwierdziliśmy że nie będe w stanie stać przez 3 godziny przy inkubatorze ( jeszcze nie byłam na tyle silna, kilka kroków nie sprawiało mi trudności ale kilkanaście kroków już niestety tak). Dojechaliśmy na oddział neonatoligiczny. Mąż udzielił mi instrukcji jak prawidłowo zdezynfekować dłonie (była to bardzo ważna czynność przed każdą wizytą u maluszków, które przebywały na tym oddziale). Akurat w tym czasie nie mogliśmy wejść do sali gdzie leżał synek ( Intensywna terapia), więc zaczęłam oglądać fotografie, które wisiały na ścianie korytarzu mieszczącego się na tym oddziale. Każde zdjęcie przedstawiało małe istotki urodzone zbyt wcześnie oraz podziękowania dla lekarzy, którzy opiekowali się  nimi. Po krótkim czasie mogliśmy wejść do synka. Przed salą w której leżał Kubuś coś we mnie pękło... nie mogłam powstrzymać łez. W głowie krzyczały moje myśli "Dlaczego to moje dziecko musi tutaj leżeć,dlaczego to nas spotkało, gdzie w życiu popełniłam błąd, że teraz muszę za niego płacić tak ogromną cene ?" Pytań było mnóstwo...  odpowiedzi żadnej... Jedna z Pań, które zajmowały się wcześniaczkami widząc co się dzieje wyszła do mnie i próbowała mnie pocieszyć. Udało się jej to, bo użyła takiego argumentu jakiego w tej chwili potrzebowałam usłyszeć.
-Mama proszę nie płakać. Ze łzami nie wpuszczamy nikogo. A zresztą proszę zobaczyć co teraz robi synek. To pewnie ten z czupryną bo bardzo podobny do mamy.
W tej samej chwili kiedy ja zaczęłam płakać on również zaczął płakać. Otarłam łzy i już po chwili byłam przy nim. Nie mogłam się na niego napatrzeć. Był taki maleńki. Stópkę miał tak małą jak mój palec wskazujący. Czarna czuprynka była najbardziej widoczna. Byłam szczęśliwa,że go mam. Nie wiedziałam jeszcze co go czeka ale wierzyłam mocno w to, że wszystko będzie dobrze. Nareszcie otrzymałam sensowne informacje na temat stanu zdrowia Kubusia. Jego stan był dobry a przed nim czekała jeszcze długa droga by móc z nami jechać do domku. Mogłam wpatrywać się w niego godzinami lecz niestety o godzinie 15 kończyły się odwiedziny. Wróciłam do łóżka. Pełna optymizmu a jednocześnie strachu mogłam zakończyć dzień. Nie mogłam doczekać się jutra... ❤

piątek, 20 maja 2016

Drugi dzień życia Kubusia 02.08.2014

Kolejny dzień miał przynieść wiele dobrego, ponownie miałam nauczyć się stawiać pierwsze kroki (Tak! I to dosłownie, gwarantuje, że po cesarskim cięciu nie jest tak łatwo jak się wydaje) i nareszcie dowiedzieć się co słychać u mojego dzielnego rycerza. Pomimo, że lada chwila miał nastać nowy dzień to nadal żaden lekarz nie przyszedł osobiście poinformować mnie o stanie zdrowia mojego synka ! Szczerze? Na nic innego w tym czasie nie czekałam jak na jakąkolwiek informacje od lekarza neonatologa.
Nastał nowy dzień a raczej świt (Nie wiele pamiętam z nocy jedynie co mnie obudziło to przeraźliwy krzyk kobiety, która właśnie zaczęła rodzić dwie sale dalej od tej w której leżała). Pełna optymizmu młoda pielęgniarka próbowała nam pomóc w stawianiu pierwszych kroków. Obie panie, które leżały obok mnie świetnie sobie poradziły, natomiast ja bardzo kiepsko... nawet się nie podniosłam taki ogromny czułam ból... byłam tak opuchnięta jak wieloryb... dosłownie! Próbowałyśmy kilka razy ale wszystkie próby zakończone były porażką... W ciągu 3 godzin przyjechała moja mama, siostra i mąż, którzy mieli mi pomóc wstać i chociaż usiąść... Bardzo chciałam wstać i zobaczyć mojego synka! W końcu się udało. Zrobiłam kilka kroków (jeszcze nie sama) by chociaż się ukąpać. Sama kąpiel trwała bardzo krótko bo od razu zrobiło mi się słabo i niedobrze więc jak najszybciej musiałam dotrzeć do łóżka. Do Pań leżących obok zostały przywiezione dzieci a do mnie nawet żaden lekarz nie pofatygował się przyjść by powiedzieć mi jak się ma synek... to wszystko mnie przerosło... wybiła godzina 12 ( nareszcie mogłam iść do synka) ale nagle moje ciśnienie tak wzrosło, że wiedziałam, że to nie będzie takie łatwe..  tak też było... zanim ciśnienie zostało obniżone minęło kilka godzin... Było mi bardzo przykro i smutno, że znowu nie zobaczyłam Kubusia. Mąż w tej sytuacji był niezawodny ! Obdarował mnie mnóstwem zdjęć Kubusia 😉 nie obyło się (za co jestem bardzo mu wdzięczna) bez filmików. Chociaż w taki sposób mogłam chociaż trochę zaspokoić moją tęsknotę. Na sali zostałam już sama. W nocy nie mogłam zasnąć a w mojej głowie było tylko jedno Co z moim dzieckiem? Czy wszystko z nim w porządku? Czy nic mu się złego nie dzieje?...

poniedziałek, 16 maja 2016

Pierwsze godziny życia Kubusia urodzonego w 31 tygodniu ciąży (filmy, zdjęcia)

01.08.2014
Taki malutki chłopczyk, a tak bardzo przez wszystkich kochany. Za każdym razem, kiedy przeglądam te zdjęcia czy filmy, łzy same płyną po mojej twarzy. Tak wiele przeszliśmy wszyscy, tak było bardzo ciężko... Ogromnie dziękuję Bogu, że wszystko dobrze się potoczyło... W tamtej chwili miałam wiele wątpliwości a jeszcze więcej pytań o nadchądzące "jutro". Każda sekunda życia była na wagę złota...





niedziela, 15 maja 2016

01.08.2014 Najcudowniejszy dzień w naszym życiu

-Myślałem, że będzie trochę większy, trochę jest mały ale da sobie radę, była Pani dzielna, ma Pani pięknego syna. Gratuluję. Pamiętam do dnia dzisiejszego cały przebieg porodu a nawet wszystko to co mówili do mnie lekarze. Po porodzie czekał na mnie mój mąż i mama. Wspólnie przewieźli mnie do sali pooperacyjnej. Nie byłam tam sama, bo oprócz mnie była jeszcze jedna mama a kolejną świeżo upieczoną mamę mieli zaraz do nas przywieźć. Mąż pomimo strachu fruwał z radości i co chwilę powtarzał jakiego mamy ślicznego synka. Nie mógł się doczekać chwili kiedy znowu będzie mógł zobaczyć, przywitać się z nim i dotknąć. Oprócz rodziców dzieci wstęp na oddział Intensywnej Terapii gdzie przebywał Kubuś był zabroniony, więc babcia (moja mama) nie mogła go zobaczyć. Ja w tym dniu również nie mogłam go ani zobaczyć ani oficjalnie się z nim przywitać. Jedynie w trakcie zszywania przez moment mogłam policzkiem przytulić Kubusia ( o jaki on był cieplutki, jaki delikatny!). Bardzo bałam się o synka, o niczym innym nie umiałam myśleć jak o tym co on teraz robi, co się z nim dzieje, czy jest wszystko w porządku? Miał przyjść do mnie lekarz na bieżąco informować mnie o stanie zdrowia mojego dziecka a ani razu nie przyszedł pomimo, że bardzo na to czekałam. Po kilku minutach do również świeżo upieczonej mamusi, która leżała obok mnie został przywieziony noworodek. Piękna, duża dziewczynka, urodzona w terminie. Nie muszę chyba pisać co poczułam w tamtej chwili... Nie, to nie była zazdrość to był żal ogromny żal... i smutek... Szczęśliwi rodzice mówili do siebie szeptem, udało usłyszeć się mi to jak nawzajem wymieniali się informacjami na temat  mojego stanu zdrowia. Owa kobieta powiedziała do męża, że mojego dziecka tu nie przywiozą bo jest wcześniakiem i jest w inkubatorze. Obydwoje starali się robić wszystko byleby nie sprawić mi przykrości. Powiedzieli jak bardzo współczują i życzą zdrowia mi i mojemu dziecku. Po chwili przyjechała kolejna mama a następnie jej dziecko. Tak więc na sali były trzy mamy i dwoje dzieci.. A ja sama... sama jak palec bez mojego szczęścia ze łzami w oczach i ogromnym bólem i żalem... ciągle zadawałam sobie pytania dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego to ja nie mogę trzymać synka w swoich ramionach? Czy jest z nim wszystko w porządku? Czy nie dzieje się mu żadna krzywda? Wszystko było dla mnie takie obce, takie dziwne...
Wybiła godzina 12. Mąż od razu pobiegł na pierwsze spotkanie ze synkiem. Ja zostałam sama z moją i męża mamą, które starały się mnie pocieszać i robiły wszystko, żebym nie czuła się samotna. Nagle dostałam wiadomość MMS od męża a w nim załączone zdjęcie Kubusia. Na widok tych wszystkich jakże dotąd nieznanych sprzętów które były przy Kubusiu poczułam jeszcze większy strach... tyle było tego wszystkiego, że z trudem można było zobaczyć twarz Kubusia. Najważniejsze w tej chwili było jego zdrowie. Reszta nie miała żadnego znaczenia. Ból jaki mi w tamtym czasie towarzyszył był niczym w porównaniu do tego co czułam. Serce waliło mi jak szalone a ja ze strachu myślałam, że eksploduje...Nastała godzina 15 a chwilę potem wrócił dumny tatuś. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam w oczach męża tyle strachu i miłości jednocześnie. Był szczęśliwy a zarazem przerażony. Właśnie nastała ta chwila kiedy musiał szybko dorosnąć. Buzia mu się nie zamykała tyle miał do powiedzenia na temat Kubusia. Od razu powiedział, że patrząc na niego widzi mnie 😍. A Kubuś jest zdrowym dzieckiem. Te słowa zdecydowanie sprawiły, że nareszcie na mojej twarzy pojawił się uśmiech ❤😍

sobota, 14 maja 2016

Ten najważniejszy dzień 01.08.2014

Godzina 6.30 pomimo, że słońce było gdzieś schowane za chmurami  za oknem było wystarczjąco jasno bym mogła się obudzić... ale czyżby to był jedyny powód dla którego tak wcześnie wstałam ? Nie. Tego dnia miało wydarzyć się coś nadzwyczajnego, ten dzień miałbyć (i zdecydowanie był) najważniejszym dniem w całym moim życiu a stres który towarzyszył mi w tym dniu na pewno był większy niż chociażby w dniu egzaminów maturalnych czy w dniu ślubu. Ten dzień był wyjątkowy. W tym dniu miałam zdać najważniejszy egzamin w swoim życiu. Nieświadoma tego co mnie czeka w głowie snułam różne scenariusze mojego porodu. Wszystko pomimo strachu wydawało się mi takie proste. Nie wiem dlaczego nawet nie brałam pod uwagę tak ważnej kwestii jakim był inkubator ( drugi domek mojego synka ). Myślałam, że po sterydach które miały mieć wpływ na rozwój płuc Kubusia, wszystko będzie dobrze a on będzie oddychał sam. Wpatrując się w okno marzyłam o naszej wspólnej niedalekiej przyszłości. Chwilę potem przyszła Pani pielęgniarka i zaczęła przygotowywać mnie do zabiegu. Następnie przyjechali mój mąż ze swoją i moją mamą. Mama powtarzała, żebym niczego się nie bała, żebym była dzielna, że na pewno wszystko będzie dobrze. Jej słowa działały na mnie zbawiennie bo od razu jakoś zrobiło mi się lżej. Kubuś po porannych zabawach w brzuszku uciął sobie drzemkę 😉 a ja niepewnym krokiem zbliżałam się ku sali przedoperacyjnej. Serce waliło mi jak szalone. Nogi wprost uginały się do samej ziemi. Wiedziałam, że odwrotu już nie ma. Zresztą jakie miałam inne rozwiązanie jak tylko się uspokoić i czekać na swoją kolej... 
Nadszedł ten moment... zostałam położona na łóżko a mąż został poproszony o odwiezienie mnie do sali operacyjnej, gdzie zaraz miałam urodzić. Widząc go i moją mamę zalaną łzami nie umiałam się uspokoić. Nie obchodziły mnie miny ludzi na korytarzu ani to co pomyślą inni. Płakałam tak mocno, że z trudem ktokolwiek mógł mnie uspokoić. Kubuś w dalszym ciągu spał jeszcze w moim brzuszku... W sali operacyjnej zostałam już tylko ja, dwóch lekarzy, anestezjolog i kilka Pań pielęgniarek. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Inkubator był już w drodze a ja po znieczuleniu zewnątrzoponowym ( anestezjolog miał bardzo duży problem ze znieczuleniem bo byłam bardzo opuchnięta, może dlatego przez cały zabieg moja jedna noga była "w ruchu" i czułam dosłownie wszystko oprócz bólu). Nawet nie wiem ile dokładnie minut minęło a mój synek był już na świecie. Dokładnie o 10.49 20 sekund ( Pan anestezjolog liczył baaardzo dokładnie czas). Powitał nas ogromnym okrzykiem ( lekarz zażartował, że zdecydowanie był to najgłośniejszy jego poród w całej jego karierze. Może to było spowodowane tym, że Kubuś został niestety obudzony bo nawet w chwili "cięcia" jeszcze spał). Ciągle pamiętam to jak głośno płakał. Było to najmniejsze dziecko jakie kiedykolwiek udało mi się zobaczyć. Był piękny ! Najpiękniejszy ! Mój ! Na jego widok popłynęły mi łzy ale tym razem były to łzy szczęścia i radości ! Po chwili podeszła do mnie Pani pediatra informując mnie, że z synkiem wszystko w porządku poza zaburzeń oddychania, zapewniając, że to całkowicie normalne.
Moje szczęście ważyło 1700 gram i miało 44 cm. Może to mało ale co tam! Najważniejsze, że poród przebiegł prawidłowo a synek był zdrowy ! ❤

piątek, 13 maja 2016

Diagnoza stan przedrzucawkowy...zagrażająca rzucawka...

Jak możecie dowiedzieć się we wcześniejszym poście ( o Matko chyba z ponad rok temu go napisałam, obiecuje poprawę ;) ) mam synka :) Kubusia, tak o tak się do niego lubię najbardziej zwracać :) . Kubuś to wcześniak z 31 tc ciąży, ważył 1700 gram i miał 44 cm ;). Moje małe ale jakże duże szczęście.
Dlaczego urodziłam tak wcześnie? Od zawsze moje ciśnienie było można powiedzieć idealne a w połowie czwartego miesiąca to się zmieniło. Ciśnienie 140/90 stało się zagrażającą mojemu życiu i życiu mojego dziecka normą... niestety. Codziennie budziłam i zasypiałam się pełna strachu o każdy nowy dzień. Prawdę mówiąc najbardziej bałam się o życie mojego dziecka, które pokochałam bezgranicznie. Ciąża przebiegała prawidłowo pomijając wciąż rosnące ciśnienie, przez które co jakiś czas trafiałam do szpitala. W siódmym miesiącu zaczęłam "puchnąć", dosłownie ! a dodatkowo pojawiło się białko... Od razu zostałam przyjęta na oddział a tam lekarze próbowali robić dosłownie wszystko, żeby unormować sytuację. Niestety do wysokiego ciśnienia i białkomoczu doszły mroczki, kołatania serca i szybka decyzja o przeniesieniu mnie do innego szpitala, który posiada  Oddział Neonatologiczny z III stopniem referencyjnym, oznaczającym najwyższe kompetencje i uprawnienia do opieki nad najtrudniejszymi przypadkami patologii noworodka, jakim był Szpital w Krakowie Ujastek.  W tym szpitalu również lekarze pozostawali bezradni w przypadku mojego stanu zdrowia, gdyż w tym momencie zagrażała mi rzucawka (o niej kilka słów poniżej). Tak więc w czwartek po USG (decyzja lekarza przeprowadzającego USG była jednoznacza, że nie ma na co czekać trzeba ciąć bo dziecko ma coraz mniej tlenu) dokładnie 31 lipca nastąpiła decyzja o rozwiązaniu ciąży przez cesarskie cięcie które miało odbyć się w następnym dniu . Nie pamiętam co czułam w tamtej chwili, na pewno był to strach, żal, ból, niepewność i smutek. Pewnie Kubuś czuł pododnie jak ja bo w tym dniu wyjątkowo był ruchliwy. Na pewno czuł, że za kilka godzin zostanie wyciągnięty z brzuszka a potem będzie walczył o życie... dla niego starałam się uspokoić, starałam się myśleć pozytywnie... co jakiś czas przynoszono mi jakieś tabletki (chyba uspokajające bo po nich byłam senna jak nigdy i dziwnie znużona ). Zadzwoniłam do mamy i męża poinformować ich o decyzji jaka zapadła. Moja mama przyjechała do mnie cała roztrzęsiona po kilku godzinach (miała do pokonania ponad 130km w jedną stronę)a  później przyjechał mąż. W ich oczach widziałam strach, a tym samym własne odbicie. Chyba każdy z nas bał się o życie małego Kubusia. Oni na pewno bali się też o mnie, ale ja w tym czasie myślałam tylko o moim synku i o tym, by poród przebiegał bez żadnych komplikacji. Moje życie w tym czasie nie było dla mnie tak istotne, jak życie mojego dziecka.




Z racji, że nie jestem lekarzem ani myślę odpowiednią osobą do tworzenia pojęć na tematy związane z medycyną a moje odczucia i informacje biorę tak na prawdę z własnego doświadczenia, to podzielę się kilkoma linkami, które idealnie według mnie opisują stan przedrzucawkowy i rzucawkę.
1. https://journals.viamedica.pl/forum_nefrologiczne/article/viewFile/10420/8890
2. http://ciaza.mp.pl/przebiegciazy/75579,stan-przedrzucawkowy-i-rzucawka

piątek, 13 marca 2015

Bo najważniejsze żeby dziecko było dzieckiem ;-)

Skąd taki tytuł?
Zainspirowało mnie opowiadanie jednej z mam, którą spotkałam czekając z synem na wizytę u lekarza... Owa mama opowiadała mi jak to niby ważne jest dorastania dziecka pozostawionego samemu sobie...co to znaczy dokładnie? A więc owa mama uważała, że NIE NALEŻY dziecka nosić na rękach wogóle najlepiej (kłóciła się z innymi mamami, że za długo trwała ich wizyta przez co jej syn przyzwyczai się do noszenia na rękach) oraz że dziecku powinno się dawać tylko jeść i pić, przewijać i kąpać...  Więc nasuwa się mi jedno pytanie... A co z bliskością, którą dziecko tak bardzo potrzebuje...?  co z zabawami? Co z nauką dziecka bo jak wiadomo dziecko uczy się wszystkiego już od narodzin, czyż nie tak jest?  Próbowałam z tą mamą polemizować ale ona upierała się przy swoim. Pytałam ją dlaczego tak właśnie chce wychowywać swoje dziecko a w odpowiedź brzmiała, że dzięki takiemu wychowaniu jej dziecko będzie samodzielne i odważne a ona będzie mieć czas dla siebie... Pytałam czy ma jeszcze jakieś dziecko odpowiedziała,że tak i że córka ma już 5 lat ale ona była noszona ciągle na rękach przez co nawet do toalety nie mogła wyjść samodzielnie... Drogie mamy nie dajmy się zwariować... Według mnie mimo wszystko każde dziecko potrzebuje bliskości swojej mamy ale też i taty... Owszem według mnie ciągłe noszenie na rękach też nie jest dobre a przede wszystkim usypianie dziecka ale niestety zdarzają się różne sytuacje w których usypianie dziecka na rękach stanowi konieczność... Według mnie wszystko powinniśmy robić i wychowywać dziecko z głową. Ja na pewno nie pozostawiłabym dziecko samo sobie... I tak też nie robię, na pewno nie jestem idealną mamą ale staram się nią być... Przede wszystkim myślę o dziecku... Dajmy dziecku być dzieckiem...pozwólmy mu na prawdziwe dzieciństwo..poświęćmy mu siebie i swój czas.